„Zasłonili mi niebo… i co Pan na to, Panie Mondrian?”

Prezentowany cykl prac to czternaście głównych obrazów i kilka dodatkowych figuracji. Malarska seria geometryczna, nazywana też miejskim pejzażem frontalnym, stanowi oś całości, a miała swój początek w czasie pierwszego lockdownu.
Lockdownu, który wydarzył się na wiele lat przed pandemią COVID-19.

Głęboko zaszczepiona we mnie funkcja metamatki, z której od dzieciństwa wynikały wszystkie moje działania, kazała mi w jednej chwili zostawić wszystko, kiedy życie niespodziewanie uczyniło mnie matką po prostu.
Owa autotoksyczna tożsamość podporządkowała sobie wszystkie działania, wypełniła po brzegi naczynia ciała i rozumu, a budowanie nowego - wolnego od dysfunkcyjnej wszechtroski - odrębnego i szczęśliwego bytu (o imieniu Felicja) determinowało każdą moją czynność i myśl.
To był etap pierwszyczas ukrzesłowionej versus świetlistej karmiącej - gdy identyfikowałam się z kobietami przedstawionymi po obu stronach obrazów Wróblewskiego. Był to czas wzajemnie wykluczających się potrzeb, czas trudny i smutny, zarazem radosny i szczęśliwy, czas wielkiej dychotomii.

Etap drugi zaczął się, kiedy za moim oknem stanął budynek, który na dobre zasłonił mi niebo. Na osłodę – chyba – „udekorowano” go fragmentami Kompozycji Mondriana. Przytłaczająca forma widziana każdego dnia stała się motywem przewodnim całego cyklu. Imperatyw przetrwania spowodował, że to co obrzydliwe, ciągłe, nieusuwalne musiało stać się… piękne i pożyteczne, najpierw w mojej głowie a dużo, dużo później – na płótnie. Proces oswajania tego muru był jedyną drogą wyjścia z czterech zbliżających się do siebie ścian. Jeden z obrazów przedstawia taką właśnie drogę – zwężający się tunel (lub pudełko w pudełku) – choć ograniczony jeszcze ramami passe-partout, na samym dnie ukazuje światło zewnętrznego świata, które jest niczym innym jak tylko nadzieją na odnalezienie światła własnego, czy raczej nadzieją na ponowne z nim spotkanie… Powtarzałam za Rimbaud „czemu jednak żałować wiecznego słońca skoro zaczęliśmy odkrywać boskie światło daleko od ludzi, którzy umierają z porami roku” i nie chciałam pozwolić temu światłu umknąć – można je odnaleźć we wszystkich pracach cyklu.

Na początku postawiłam na formę monumentalną, składającą się z powtarzalnych, pozornie identycznych komponentów. Rzędy okien są bliskie – znaczeniowo – „Tłumom” Abakanowicz czy „Programowi” Opałki.
Potem zdekonstruowałam ten gmach i starałam się przybliżyć do poszczególnych obiektów/okien, zmienić perspektywę jak Robakowski w „Bliżej-Dalej” i jeszcze głębiej, zajrzeć w nie, wejść w każdy z tych komponentów z osobna i nadać mu cechy wyjątkowości, by mógł być postrzegany jako odrębna jednostka.
U jednych jest to jawna i odważna chęć ciągłego przebywania w świetle reflektorów, u innych głęboko skrywana potrzeba bycia dostrzeżonym choćby przez domowników. W obu przypadkach chodzi o to samo smutne pragnienie bycia podmiotem czy to na wielkiej scenie, czy w skromności dużego pokoju, które ma wspólne podłoże – potrzebę miłości, której jednostka sama sobie nie potrafiła ofiarować…
Zahukana szaromyszewność, wtopiona w tłum czy ukryta za plecami silniejszego krzyczy równie głośno jak kabotyni z estrady, ale ten krzyk do nikogo nie dociera bo wypełnia jedynie wnętrze, jest bardzo szkodliwy… trujący jak tlenek węgla rozpylony w zamkniętej szkatułce ciała. Wyszłam na spotkanie temu niememu kinu i zapragnęłam dać aktorom szarego spektaklu głos widzialny: mocny, ale łagodny, wyraźny, ale nie krzykliwy… To także mój głos, bo choć daleko mi do „szarej myszki” - mam dużo odwagi i pewności kiedy staję po stronie słabszych - to jednak codzienne nieme kino i postępujący zabór tlenu znam nazbyt dobrze - w swojej obronie stanąć nie potrafię.
Dlatego też początkowo skromne, dwukolorowe płótna z czasem nabrały jaskrawości. Ba! w niektórych przypadkach zahaczają nawet o jarmarczność, trochę w nich cyrku, trochę karnawału… A geometria i czysty kolor to ich atut - nasuwają skojarzenie z afiszem! Dlatego też forma wszystkich prac jest gładka, nie ma żadnej struktury, żadnych chropowatości, jest płaska, ma prostą, jasną narrację – jest jak manifest! Jak plakat! Choć widziany w 3D.

I wtedy przyszedł czas na etap trzeci.
To był czas, który spotęgował wszystkie poprzedzające go stany, czas, kiedy świat zamknął na dobre swoich bohaterów w komórkach z wielkiej płyty, uwięził w identycznych pudełeczkach ze szwedzkiego sklepu. Aby ocaleć, musieli krzyczeć głośniej, upominać się o indywidualny charakter każdego z tych małych sześcianów, bić się o sens.
Tak powstały obrazy opowiadające o człowieku za zasłoną, oznaczone są numerami, ale gdybym chciała je nazwać mogłyby nosić spersonifikowane tytuły – z przyjacielskim przymrużeniem oka, żartobliwie (ale bez kpiny) opisujące fragmenty rzeczywistości poszczególnych aktorów dramatu - np. „Żagle pana Henryka”, „Puzderko z pierścionkiem zaręczynowym panny Anieli”, „Nowa cerata w jadalnym Państwa Myślińskich” (ciekawe czy spodobałaby się Panu Cogito?), „Nam June Paik’s fan”, „Admirateur de Jacques Cousteau”… Każdy z nich inny lecz każdy nadal oparty na geometrii i na tej samej palecie kolorystycznej. Są pozornie do siebie podobne, a jednak każdy jest unikalny… tak jak linie papilarne naszego gatunku.

Pod koniec cyklu paleta się zawęża, forma jest już mniej plakatowa. Jest tam jeden przełomowy obraz, na którym z plątaniny kwadratów i trójkątów wyłania się jakaś nieśmiała harmonia i już do końca serii pędzel podąża w kierunku cichej, łagodnej przystani granatów, zieleni i błękitów, które są kolorami umiłowanego przeze mnie żywiołu – wody.

Etap czwarty miał być sceną finałową, ale wolność w nim zawarta będzie początkiem zupełnie nowego cyklu prac… Pocztówki z chwilowego świata – Andaluzja