Happening "Malarstwo obwoźne" odbył się 1 kwietnia 2023, był działaniem poprzedzającym
wystawę obrazów z cyklu "Zasłonili mi niebo… i co Pan na to, Panie Mondrian?" w Forcie
Sokolnickiego.
Oto tekst wprowadzający do wydarzenia i kilka wybranych zdjęć z bogatej foto relacji.
Mój performance definiuje się na trzech płaszczyznach, czy też - może bardziej praktycznie
- posiada trzy funkcje, co najmniej trzy… no, dobrze - trzy główne funkcje.
Pierwsza - oczywista - autoteliczna, jako wydarzenie społeczno-kulturowe, ma na celu
uruchomienie reakcji zarówno w tłumie, jak i z tłumem - zobaczymy, jak szeroki krąg zatoczy, i czy
w ogóle… Podczas pochodu - 12 osób niosących kolorowe płótna - będziemy tworzyć z obrazów
kompozycje przestrzenne, budować nowe konstrukcje lub znaczenia, malowidła mogą stać się
tarczami, skrzydłami, przenośnym domem… widzianymi z różnych perspektyw (dwóch fotografów i
dron) tworami... bo trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba...
Druga funkcja - symboliczna lub osobista, boleśnie osobista (kosztowna lecz wyzwalająca jak
kąpiel w ogniu). Obrazy tego cyklu powstawały bardzo długo, tworzenie ich było próbą ucieczki,
wielokrotnie podejmowaną, stały się zatem przepustką czy też kluczem do… wyjścia? zawodowego
parytetu? odzyskania tożsamości? Skupiają więc w sobie całą energię, która dała początek nowej (a
może starej tylko posprzątanej) drodze. Tych kilkanaście płócien stało się dla mnie podróżą, jedną z
ważniejszych w życiu. Więc one też muszą wyruszyć w podróż. Stąd pomysł przejścia obrazów ulicami
dzielnicy, które ma na celu spotęgować osobisty exodus, nadać mu mocniejsze znaczenie, wesprzeć
większą siłą.
I w końcu trzecia funkcja: formalna lub - jak kto woli - estetyczna: obrazy to geometryczne
formy przedstawiające w uproszczeniu graficznym monumentalne fasady nowej stołecznej
zabudowy, przesłaniającej niebo. Taki pejzaż miejski przepuszczony przez subiektywny filtr.
Wyjście w miasto ma na celu skonfrontowanie/zderzenie kolorowej geometrycznej formy płócien z
szarą geometryczną formą miasta, dlatego zależy mi na wyjściu jeszcze na przedwiośniu, kiedy miasto
i niebo mają kolor brudnej ścierki - jak pisał Marek H. 1 - by zieleń drzew i pachnące kwiecie nie
zagłuszyły przekazu (sztuka prawie zawsze przegrywa z naturą).
Pierwsza płaszczyzna jest zanurzona w wielu kontekstach. Po pierwsze - idea wymarszu
wpisuje się doskonale w czasy kiedy protesty, procesje, marsze, parady stały się codziennością
miejską. Jednak mój pochód nie macha sztandarami, nie grzmi hasłami, za niczym nie agituje,
przeciwko niczemu się nie opowiada... milcząco wypełnia lukę, przeznaczoną dla sztuk wizualnych,
dla czystej formy, staje się tym samym wielobarwną misją pokojową. A nabierze dodatkowego
znaczenia szczególnie w przeddzień Niedzieli Palmowej - kiedy jak Kolumb wpłyniemy na suchego
przestwór oceanu, zwodujemy nasz okręt sztuk i zalejemy falą łagodnych i czystych intencji zmęczone
serca.
Poza tym nasz marsz - będący kulturowym odwołaniem à rebours do powszechnych od
tysiącleci imprez plenerowych, takich jak igrzyska, odpusty, jarmarki, teatrzyki, mających na celu
nakarmienie społeczeństwa najtańszą strawą - jak od trampoliny odbije się od ulicznego kuglarstwa i
zamiast schlebiać gustom, spróbuje uwrażliwić sensualną tkankę tłumu.
Na koniec prosty i jasny komunikat : to nie jest akcja zwrócona przeciw społeczeństwu, to jest
przedsięwzięcie przepełnione szacunkiem i wiarą w drugiego człowieka. Serio.