Pocztówki z chwilowego świata - Andaluzja
Oto i ona - Andaluzja - w pełnej odsłonie, nareszcie jest! Po cyklu malarskim „Zasłonili mi
niebo… i co Pan na to, Panie Mondrian” - gdzie forma wypływająca z autodestrukcyjnych
przeżyć została uwięziona w matni figur geometrycznych, zamknięta w powtarzających się
bez końca kanciastych elementach (subtelnie jednak zwiastujących nadchodzące
wyzwolenie) - przyszedł czas na feerię barw i wyobrażeń, na dziecięcą swobodę, na radość,
przyszedł czas na fiestę! Późnym latem słońce na południu Hiszpanii wstaje późno.
Praktycznie do 10 rano panuje półmrok. Dla osób lubiących wstawać wcześnie, w poczet
których i ja się zaliczam mogą to być dość nieprzyjazne okoliczności, jednak jest to przecież
Costa del Sol więc wielogodzinna obecność słonecznego światła w ciągu dnia (nawet we
wrześniu jest to ponad połowa doby) wynagradza po wielokroć tę poranną nieśpieszność.
Niniejsza kolekcja nie jest tworem jednorodnym, chronologiczną relacją na motywach
pamiętnika z podróży, jest raczej kalejdoskopem wspomnień, kolażem przeżytych chwil,
smaków i zapachów, mieszanką wrażeń na tle krajobrazów południa. Obrazy tej serii można
podzielić na kilka części, według różnych kryteriów. Pierwszy nasuwa się podział barwny, na
krzywej ciepło-zimno. Tam gdzie kolorystyka jest żywa i jasna, gdzie dominują oranże, róże,
żółcie - odzwierciedlające czystą radość, upojenie upalnym popołudniem, zmysłowość
dojrzałych owoców, wakacyjną aktywację wiadomego duetu neuroprzekaźników - to część,
do której przypisany jest bardzo wyraźny (czasem dosłowny) pierwiastek żeński. Jest też
kilka płócien chłodnych, wieczornych, melancholijnych, dla równowagi reprezentujących
pierwiastek męski. Drugi podział wynika z formy: abstrakcja – realizm, choć jest to bardziej
realizm magiczny niż ujęcie rzeczywistości 1:1, to jednak na obrazach królują faktyczne
zdarzenia w autentycznej scenerii, czasem zabawnie pomieszanej lub wplątanej w
potencjalną sytuację. Ujęcia abstrakcyjne też oczywiście mają źródło w rzeczywistości,
przepuszczone jedynie zostały przez filtr emocjonalny, zmiksowane przez wyobraźnię lub
opatrzone komentarzem intelektualnym. Jakkolwiek by nie grupować tych obrazów, to
wszystkie mają jedną dominującą cechę wspólną. Są tak skonstruowane formalnie aby
każdy mógł być reprezentatywny dla całej serii w sposób „marketingowy” tzn. główny zamysł
przy tworzeniu kolekcji był taki, aby każdy obraz mógł być np. kartką z kalendarza, plakatem
reklamowym regionu, lub tytułową pocztówką właśnie, a powiększenie (często z
przymrużeniem oka), uproszczenie, symbol, skrót myślowy – to są moje znaki
rozpoznawcze. Zatem - pionowe, poziome i diagonalne linie, obecne na prawie wszystkich
płótnach cyklu, mają też symboliczne znaczenie. Są wypadkową trzech składowych -
wszechobecnych promieni słonecznych, najbardziej wyświechtanego nadmorskiego motywu
dekoracyjnego (leżaki, parasole, markizy) oraz pasków na swetrze Pabla. Czasem
występują jako tło, przenośnia a niekiedy pojawiają się w formie realnej struktury, choćby w
stroju Picassa właśnie. Duch Picassa (najsłynniejszego obywatela Malagi) gości w tej serii
na wielu płótnach – ujawnia się pod postacią kompozycji, koloru, artefaktów, czasem jako
anegdota lub sztafaż. Na koniec słowo o kadrach, ostatnie lecz prymarne. Wszyscy robimy
zdjęcia podczas wakacji, odbitki to naturalna krynica z której potem, przez lata czerpiemy
pożywkę dla naszych zacierających się wspomnień. W moim andaluzyjskim cyklu szczegóły
ze zrobionych wówczas zdjęć przeplatają z fragmentami fotografii dwóch słynnych Robertów
- Doisneau i Capy. Całemu cyklowi zresztą przyświeca bressonowska koncepcja l’instant
decisif (decydującego momentu), zdawałoby się, że możliwa do pokazania (w dosłownej
formie) tylko w fotografii - jednak setki dzieł malarskich - że wymienię tylko kilku mistrzów w
tej materii jak Winslow Homer, Hopper, Toulouse-Lautrec czy Degas - przeczy temu
skutecznie a najpiękniej... i ja pokusiłam się zatrzymać chwilę na płótnie. Cała andaluzyjska
seria jest hołdem złożonym chwili. Carpe diem!